Dzień z kredytem gotówkowym
6 kwietnia 2009 roku obchodzony jest w Polsce jako dzień z kredytem gotówkowym. Dzień ten wzbudza wiele refleksji nad codziennym życiem rodzin polskich. Trudno o optymizm, kiedy polskie gospodarstwa domowe zadłużone są w bankach na prawie 400 mld złotych, a znaczny odsetek nie ma z czego tych kredytów spłacać. Państwo polskie, budżet polski jest w coraz gorszej kondycji finansowej. Kryzys stan ten jeszcze bardziej pogłębił. Zamykane są zakłady pracy, ludzie są zwalniani, rodziny nie mają z czego żyć. Wprawdzie rząd postanowił pomóc zwalnianym pracownikom w spłatach kredytów hipotecznych, ale jest to przysłowiowa kropla w morzu potrzeb. Jeszcze rok, dwa lata temu, na Święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia w bankach tworzyły się kolejki po kredyty. Dzisiaj, kiedy wiele osób straciło pracę, złoty bardzo się osłabił, a banki zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów, kolejek już nie ma. Nie ma polskiego zastaw się a postaw się.
– I długo nie będzie. Kto da kredyt takiemu człowiekowi jak ja, który mam emeryturę w wysokości 600 zł. To co banki wypisują w reklamach to bzdura. Żaden bank do którego zwróciłem się o kredyt gotówkowy nie chciał ze mną rozmawiać. Poza tym tak naprawdę to się specjalnie im nie dziwię. Bo z czego miałbym ten kredyt spłacać? – żali się jeden z emerytów.
W podobnej sytuacji jest wielu emerytów i rencistów. Ich nie stać nie tylko na kredyty, ich nie stać nawet na szarą, zwykłą egzystencję. Emeryt i rencista to najczęściej ludzie starsi i schorowani. Mówi się, że trzeba mieć zdrowie, żeby chorować i jest w tym sporo racji. Do lekarza specjalisty trudno się dostać, a na prywatne wizyty niewielu stać. Leki są coraz droższe, za prąd, gaz i wodę też trzeba zapłacić, no i jeść też coś trzeba. Jak w takiej sytuacji myśleć o kredycie, który z pewnością na jakiś czas rozwiązałby problem, ale co później z jego spłatą. Budżety polskich rodzin są odzwierciedleniem zadłużonego po uszy budżetu państwa. Wobec kryzysu i spadku wartości polskiego złotego krótkoterminowe zadłużenie zagraniczne Polski wzrosło do ponad 192 mld zł., natomiast długoterminowe do prawie 525 mld zł. Czy w takiej sytuacji trudno dziwić się rządowi, który nie chce poddać się presji opozycji pragnącej wzrostu deficytu budżetowego? Długi jak wiadomo spłacane są z pożyczek, obligacji, bonów oraz gotówki uzyskanej z prywatyzacji. Jak długo mamy co sprzedać, spłacamy nasze zadłużenia. Co jednak będzie jak i to źródło wyschnie? Dlatego też deficyt należy stale zmniejszać a nie jak chce opozycja, zwiększać. Jakim kosztem? Oczywiście kosztem polskich rodzin. Rodzin, z których wiele i tak juz żyje na skraju ubóstwa. Państwo co miało zabrać już dawno zabrało. Niestety na kredyt żyć się nie da.
ryszard